sobota, 18 lutego 2012

Kara.

Brak mi sentymentów , nie krwawię gdy mnie ranisz , 
to ja przychodzę do ciebie w nocy by zjeść twój język . 
Wysysam z twych ust , cala prawdę , z oczu spojrzenie radości na ten świat. 
zostawiam zakłamana ślepotę. 5 minut ze mną gorsze od śmierci.
Stanę nad twoim karkiem , zimny chłód oddechu , będę szeptał słowa twojej nienawiści.
będę pasożytem pochłonę twoje potrzeby razem z tobą , łańcuchem spętam ci nogi , 
powieszę na krzyżu do góry nogami , będziesz zbawieniem piekieł. 
7 krąg pieklą wznosi ku tobie modły.

Ona

Przykuty łańcuchem do ściany , korona cierniowa założona na głowę.
Strzał z bata , zostawia krwawy ślad. Co za wspaniale uczucie ,
więcej więcej ! Jednak i tego nie dostaje. Ona odchodzi.
Narzucona czarna powloką która wsiąka w serce , zmieniając je
w kamień , skałę która pęka pod naporem słów. Niszczona przez
człowieka , ludzka słabość. noc zapada  pod czarnymi chmurami
Upadasz pod ścianę , spływają łzy , łza po policzku , zamknięty
w niej krzyk który tłumie w sobie. Patrze , przymglone oczy ,
opadają powieki. Podnoszę się , ozywają wspomnienia.
Dobre chwile , naprawdę. Przegryzam wargi , pierwszy uśmiech.
Zrzucam maskę pokrywająca twarz. Kajdany ucisku już mnie nie 
uciskają. Ruszyłem , nie waham się. Spotykam ją , nagle , ona 
inna niż wcześniej , pusta. Śmieje się , zaciskam pieści , w gniewie
chwytam za gardło , klnę , Wypominam wszystko krwawiącym językiem
słowa goryczy. Gałka oczna zaczyna podchodzić do góry , serce przestaje bić.
padam na kolana , beton ścieka łzami , stoczony na dno , obłąkaniec.
Obudź się , impreza się skończyła.

Wolny wieczór

Kiedy próbuje złamać zasady , przekroczyć granice , tak naprawdę się cofam.
Odwracam wzrok z nadzieja ze za mną podążasz , jednak się mylę.
Jack Daniels na stoję , z nim spędzę wieczór , żałosne.
Sprzedam dusze diabłu , aniele skrzydła spłyną krwią.

Płomień.

Mroźny oddech , zapada noc , budzi się druga strona ,
cień tego kim byleś , miłosny skurwysyn głodny serc.
Nie powstrzymasz go , bo jak możesz powstrzymać siebie ?
Przepraszam to za mało , słowo to za mało , czynem pokaz
swa wartość. Wyjrzyj ponad przeciętność , gdzie wszystko
nic nie warte. Porzuć swoje problemy wraz z papierem na
którym tworzysz swoje życie , zgnieć , spal. Uwolnij swojego ducha.
Odstaw wszystko na bok , i tak wszystko kiedyś spłonie , zostaną zgliszcza.

Pustka w sercu.

Pusta , mrok , ciemność , agonia. Narastająca pętla kojącego bólu.
Bezkresna , otaczająca się wokół ciebie , zagłębiająca się w najskrytsze myśli.
Nóż wbity w serce , umierająca chwila , agonia. Bariera myślowa , panika
izolacja , ból. Zostaje cierpienie , ono cie rozumie , odrzucasz je
bronisz się , biegniesz , krzyczysz , wołasz , umierasz. Nagle zastajesz pustkę
ona czeka , wie jak cierpisz. W końcu sam ja stworzyłeś.
Pustka z krwawiącymi oczami , oczami duszy. Duszy niepewnej , oszukanej , zagubionej.
Jak wbite gwoździe , tortury w samotności , tocz sie krew , spada w dol , czarna otchłań.
Zostawiasz ślad , cząstkę siebie , wyrwana przez czarne kruki. Ból , nie ma już serca
sprzeciwu ratunku. Ostatni promyk nadziei ostatnie tchnienie krwi. Pozostała cisza
gaśniesz.

Death.

Przy świetle rozbitej żarówki zakreślam trzy szóstki czarnym atramentem.
Tańczę w pentagramie twojej rozpaczy. Zakrwawioną dłonią chwytam kawałek szkła,
imitacja lustra. Strach skrywam pod szklana powloką oczu , a glosy w mojej głowie
dalej krzyczą. Zrobię wszystko by znikły , wszystko. Ahhh myśli samobójcze
potrafią być takie urocze , to jedyne co mi pozostało.

Szczerość nocą.

Dzwonię do ciebie , odbierz chodź na moment , bylebym usłyszał twój głos.
Odkładasz słuchawkę , zostawiasz mnie samego nie widząc że ukrywa
łzy byś ty spała spokojnie. Zapalam papierosa , by poczuć dotyk na mych ustach.
Wstaje by pójść do ciebie ... mamo. Cmentarz jest taki spokojny nocą.
Czemu ja nie mogę spokojnie spać ? Przerasta mnie to wszystko.
Potrzebuję twych ciepłych słów na dobranoc. Potrzebuję byś mnie zabiła.
Uginam ręce na kolana , cisza. Serce mi krwawi , tylko ty możesz temu 
zapobiec , mamo. Przytul mnie. Pluję krwią , organizm nie wytrzymuje.
Przelewam resztki myśli na papier , czerwonym atramentem. Zasypiam
by się nie obudzić. Dążę do szczęścia ślepa uliczka widząc twój cień.
Uratuj mnie. Ukryte miedzy wierszami błaganie o pomoc.
Pozostawiona kartka na twym grobie zmieni się w rozsypane płatki róż.
One jak i moje serce wkrótce zgniją.